Po prostu Harley-Davidson. Historia ruchu harleyowskiego w Polsce

Majestatyczne, ryczące, silne motocykle Harley-Davidson wzbudzają wiele emocji. Różnych, przeważnie bliskich podziwowi i zazdrości. Dla facetów to bardzo często pewna emanacja siły i narodowych tradycji ułańskich. Dla kobiet, również coś w tym rodzaju – silny macho i jego stalowy rumak. Jak daleko sięgają te fascynacje w naszej historii i kulturze?

Pierwszy powojenny zjazd polskich harleyowców. Bieszczady 1970 rok. /INTERIA.PL
Pierwszy powojenny zjazd polskich harleyowców. Bieszczady 1970 rok. /INTERIA.PL

Pierwsze motocykle Harley-Davidson pojawiły się na ziemiach polskich w czasie I wojny światowej. Po jej zakończeniu zaczęły zyskiwać na popularności, a nawet więcej – wokoło nich powstała pewna ideologia predysponująca te maszyny do miana “motocykla idealnego”. Były tego dwa powody. Pierwszy – duże, silne Harleye były wówczas motocyklami bardzo solidnymi i trwałym. Drugi powód to fakt, że były to motocykle licznie wykorzystywane przez odradzającą się Armię Polską, Armię, która wywalczyła wolność po 123 latach zaborów i stała na straży tej upragnionej przez pokolenia zdobyczy. Służące dzielnym wojakom Harleye były przez to stawiane na motocyklowy piedestał.

W 1923 roku aż 23% motocykli cywilnych, zarejestrowanych w naszym kraju były to właśnie Harleye-Davidsony, co zapewniało tym pojazdom pozycje niekwestionowanego lidera rynku. W kolejnych latach uznanie dla marki nie słabło, ale ekonomia biednego, dźwigającego się po latach niewoli, państwa sprawiała, że sprzedaż malała. Na początku lat 30. polski przemysł rozpoczął produkcję krajowego motocykla CWS M111, nazwanego nieco później Sokołem 1000. Harley-Davidson przegrał konkurencję z tym pojazdem, przy czym dużą rolę odegrały w tym względy patriotyczne. Nie była to jednak gorzka przegrana, bardziej ekonomiczna niż ideologiczna, bo nasz rodzimy Sokół 1000 był pojazdem w dużym stopniu wzorowanym konstrukcyjnie na Harleyu-Davidsonie i jego amerykańskim konkurencie Indianie.

Po drugiej wojnie światowej znalazło się w Polsce ok. 1500 – 2000 wojskowych Harley-Davidsonów WLA. Trafiły na wschód w ramach wojennej pomocy Lend- Lease i powojennej pomocy gospodarczej UNRRA. Wojsko dość szybko pozbywało się tych maszyn. Były nietypowe, zużyte intensywną wojenną służbą i wrogie ideologicznie. Wycofywane z wojska Harley WLA sprzedawano osobom prywatnym lub trwale niszczono. To właśnie te demobilowe pojazdy stały się podstawą rodzącego się w Polsce w latach 50., 60. i 70. ruchu harleyowskiego.

Oficjalna propaganda potępiała wszystko co imperialistyczne. Zwykli obywatele odwrotnie, wszystko co miało napis “Made in USA” dawało im odrobinę otuchy i nadziei. Ta nadzieja tliła się w sercach, do chwili, kiedy można ją było zamanifestować. Jako pierwsi uczynili to Warszawscy Powstańcy, którzy po 1956 roku wyszli z więzień. Jak złudną i krótkotrwałą była “poodwilżowa” wolność przekonań wiem dobrze z historii. W pamiętnym roku 1956, oraz w okresie 1 – 2 lat później, wierzono jednak w rozmach zmian i szczerość władz.

Wszystko zaczęło się na warszawskiej Pradze, a dokładnie na jej części zwanej Saską Kępą. To tu zrodził się po wojnie polski ruch harleyowski. W 1956 roku byli Powstańcy Warszawscy, dosiedli motocykli Harley-Davidson i zaczęli zakładać na Saskiej Kępie drużyny harcerskie. Uczyli młodych ludzi zasad skautingu i zupełnie niezależnie rozpalali w nich miłość do Harleyów.

Czytaj więcej na http://nowahistoria.interia.pl/

Szukajcie – znajdziecie czyli Twitter @T_Szczerbicki #tomaszszczerbicki
Tomasz Szczerbicki
https://www.facebook.com/tomasz.szczerbicki.5
https://plus.google.com/u/0/106319698148660186983/

Towary z Zachodu, czyli „Import marynarski” i inne sposoby importu prywatnego

„Import marynarski” znany był powszechnie w latach PRL. To zjawisko emanowało powiewem wielkiego świata, tajemniczością i zaradności, choć teoretycznie dużo było w tym spraw sprzecznych z ówczesnym prawem. Zresztą wtedy prawie każdy mógł być uznany za przestępcę np. za posiadanie kilku dolarów czy ukrytej „na czarną godzinę” złotej monety, ewentualnie za wyrażanie swojej opinii w szalecie miejskim, co – według ówczesnej władzy – mogło zachwiać stabilnością państwa.

Marynarze sprowadzali głównie wozy amerykańskie /Archiwum Tomasza Szczerbickiego
Marynarze sprowadzali głównie wozy amerykańskie /Archiwum Tomasza Szczerbickiego

W ówczesnych realiach, pełnej izolacji od Europy Zachodniej i państwowego monopolu handlowego prawie na wszystko, Import Marynarski był zjawiskiem specyficznym. Dla zwykłych obywatelki dawał cień szansy na zdobycie produktu zagranicznego. Dla rządu był niewygodnym procederem, które trudno było zwalczyć.

Mimo licznych próby, przez cały okres PRL nie udało się zlikwidować importu marynarskiego. Zakazy ograniczyły tylko jego zakres i to najczęściej w odniesieniu do rzeczy dużych, jak na przykład urządzenia AGD czy samochody.

Zasada była prosta – polscy marynarze pływający po świecie przywozili towary na sprzedaż. Owszem, mogli to robić legalnie, gdyż podczas rejsów dostawali część wypłaty w dewizach, problem polegał na tym, że przywozili tych towarów dużo więcej niż mogli według przepisów. Tą drogą trafiało do nas z Zachodu prawie wszystko, np.: produkty spożywcze, odzież, kosmetyki, lekarstwa i wszystko inne na co był popyt, m.in. samochody. Produkty te, poprzez zaprzyjaźnionych handlowców, trafiały później na bazary w całym kraju. Początkiem “Importu Marynarskiego” na szeroką skalę był przełom lat 1956 – 1957, okres politycznej odwilży w naszym kraju. Później zjawisko to kwitło, a władze bezskutecznie szukały metod walki z nim.
Czytaj więcej na http://nowahistoria.interia.pl/

Szukajcie – znajdziecie czyli Twitter @T_Szczerbicki #tomaszszczerbicki
Tomasz Szczerbicki
https://www.facebook.com/tomasz.szczerbicki.5
https://plus.google.com/u/0/106319698148660186983/

Zgrupowania Piechoty Polskiej przy 1. Armii Francuskiej. Po wojnie wrócili do Polski

W czasie II wojny światowej na zachodzie Europy obok oficjalnych Polskich Sił Zbrojnych pojawiały się również inne formy oporu zbrojnego utożsamiające się z Polską. Nasi rodacy uczestniczyli w działalności konspiracyjnej na terenie niemal całej Europy, także w formacjach tworzonych przez komunistów.

Przysięga żołnierzy w jednym z polskich oddziałów partyzanckich we Francji. Rok 1944 /Archiwum Tomasza Szczerbickiego
Przysięga żołnierzy w jednym z polskich oddziałów partyzanckich we Francji. Rok 1944 /Archiwum Tomasza Szczerbickiego

 

Konspiratorzy wywodzili się ze środowisk przedwojennej emigracji zarobkowej (Francja, Belgia, Holandia, częściowo Grecja i Niemcy), z uchodźstwa po kampanii 1939 roku, ze zbiegłych jeńców, więźniów oraz robotników wywiezionych na przymusowe roboty oraz z dezerterów z Wehrmachtu. Należy pamiętać, że do armii niemieckiej siłą wcielano mieszkańców Pomorza, Śląska i Zachodniej Wielkopolski, którzy niejednokrotnie legitymowali się wielopokoleniowym pochodzeniem polskim. Przy tym werbunku nie kierowano się kryteriami pochodzenia tylko miejscem zamieszkania.

Najsilniejszy polski ruch oporu, poza obszarem Rzeczpospolitej, istniał na terenie Francji. Polskie grupy i oddziały, działające we francuskiej konspiracji, związane były zarówno z legalnym rządem polskim w Londynie, jak i z nurtem komunistycznym, sympatyzującym ze Związkiem Radzieckim.

Rządowi londyńskiemu podlegało konspiracyjne Wojsko Polskie we Francji oraz Polska Organizacja Walki o Niepodległość “Monika”. Ta ostatnia miała charakter cywilno-wojskowy, obejmowała swoim zasięgiem przede wszystkim tereny południowej Francji, zaś w północnej głównie departamenty Nord i Pas-de-Calais. Najważniejszym jej zadaniem był wywiad i przygotowanie akcji dywersyjnej w momencie lądowania aliantów w północnej Francji. “Monika” posiadała też swoje struktury na terenach Belgii i Holandii.
Czytaj więcej na nowahistoria.interia.pl

Szukajcie – znajdziecie czyli Twitter @T_Szczerbicki #tomaszszczerbicki
Tomasz Szczerbicki
https://www.facebook.com/tomasz.szczerbicki.5
https://plus.google.com/u/0/106319698148660186983/